Tak, ja też kiedyś paliłam :). Dlatego dziś postanowiłam napisać Wam jak rzucić palenie, czyli o tym, jak odzyskałam wolność i zdobyłam nowe życie 🙂

Z pewnością jesteś zdziwiona, że osoba, która promuje zdrowy styl życia kiedyś paliła. I w dodatku przyznaje się do tego! Nie zawsze żyłam tak zdrowo i świadomie jak obecnie. Popełniłam w życiu wiele błędów i dotknęłam szerokiego spektrum ludzkiego istnienia. Udało mi się pokonać wiele słabości. Wyciągnęłam z tego wnioski i dlatego dzisiaj mogę podzielić się z Tobą moim doświadczeniem :).

Nie zaczęłam palić jako nastolatka. Wtedy zupełnie nie ciągnęło mnie ani do palenia, ani do alkoholu czy innych używek. Miałam swoje pasje, wartości i zasady, których się trzymałam. Gdy przyjechałam do Nowego Jorku, by zacząć pracę modelki nie byłam już taka młoda (jak na warunki panujące dzisiaj w tym biznesie), bo miałam 19 lat. Wcześniej uczyłam się w Liceum Sztuk Plastycznych. Nauka w normalnym liceum trwała wtedy 4 lata, a w „plastyku” 5 (na ostatnim roku robiliśmy dyplom). Bardzo mi zależało, żeby przed rozpoczęciem „kariery modelki” skończyć naukę w szkole, którą tak kochałam.

Po przyjeździe do Nowego Jorku wkrótce okazało się, że wyznawane przez mnie wartości są tam po prostu śmieszne. Trzymałam się swoich zasad i tego w co wierzę, ale obracając się w świecie tak odległym od tego, co czuła moja dusza byłam nie tylko zagubiona, ale wręcz oszołomiona i rozdarta. W mojej głowie powstawał coraz większy konflikt – co jest prawdą, a co złudzeniem? Czym w ogóle jest życie? Czy ja nie żyję mrzonkami? Czy to, w co wierzę, nie jest przypadkiem utopią, ułudą?… Znalezienie odpowiedzi na te fundamentalne pytania zajęło mi wiele kolejnych lat, ale w końcu je znalazłam :).

Wracając do palenia. Pewnego dnia Donna, moja bookerka z agencji modelek (osoba, która się mną opiekowała, ustalała mój kalendarz prac i zajęć) niezbyt zadowolona z mojej wagi powiedziała:

„lepiej, żebyś paliła niż jadła”.

„No coś ty!” – oburzyłam się – „Przecież papierosy to jest trucizna!”

Nic ci się nie stanie jak od czasu do czasu sobie zapalisz zamiast posiłku. Ja też czasem sobie popalam”….

Cóż, palenie obiektywnie jest złe (nie ma co do tego wątpliwości), jednak zostało mi przedstawione jak coś, co może przynieść pozytywne efekty. Tu już nie chodziło o przyjemność palenia, ale o „cel wyższy”. Nie podjęłam wtedy decyzji, że zacznę palić, ale to zdanie, które powiedziała Donna zaczęło kiełkować w mojej podświadomość, o czym sama nawet nie wiedziałam. Byłam młoda, więc pozwoliłam na to, by ta negatywność we mnie została jako „alternatywa do rozpatrzenia”. Nie ucięłam tych myśli w porę. Dzisiaj wiem, że każdą negatywną myśl należy uciąć natychmiast, wyrwać jak szkodliwy chwast, zanim się w nas zakorzeni.

Później widziałam mnóstwo pięknych dziewczyn z papierosami w ustach. Wydawało mi się wtedy, że palenie dodaje im pewności siebie i seksapilu. Zawsze uwielbiałam filmy z Gretą Garbo, która zaciągała się papierosem niemal w każdej scenie filmu. Potrafiłam dostrzec w tych mrocznych, tajemniczych klimatach sporo uroku.

Pierwszego papierosa zapaliłam z moją koleżanka Rebeccą, siedząc w wielkim oknie naszego apartamentu na 11 piętrze Park Avenue South. W dole słychać było gwar Manhattanu, nad którym unosiły się spaliny wielkiej metropolii. Ten papieros mi nie smakował, ale cały towarzyszący paleniu klimat jakoś mnie pociągał. Poczułam się jak bohaterka własnego filmu. Na parapecie okna na Manhattanie bohaterka zaciąga się pierwszym w życiu papierosem – brzmi to całkiem ekscytująco.

Później sięgałam po papierosy podczas sesji zdjęciowych, pokazów czy imprez. Prawie wszyscy palili, więc stałam się częścią tej „modnej” społeczności. Palące osoby sprawiały wtedy na mnie wrażenie osób „wyluzowanych”, „wolnych” i „zbuntowanych”. Dzisiaj wiem, że jest dokładnie odwrotnie – osoby palące są zestresowane, zniewolone, uległe i słabe. Przykro mi, ale taka jest prawda… Jednak wtedy palenie stało się moim stylem.

Wydawało mi się, że dobrze wyglądam z papierosem i uwielbiałam pozować do „artystycznych” zdjęć z papierosem w ustach. Tak jak bohaterki filmów, które uwielbiałam. Famme fatale…. W zasadzie nie widziałam też w paleniu nic złego. Bóle głowy i zadyszki – to wszystko pojawiało się stopniowo, więc stawało się częścią mojego życia. Wtapiało się w nie. Zawsze miałam pod ręką tabletki przeciwbólowe, mocno miętowe małe cukierki i perfumy. Nigdy nie polubiłam zapachu papierosów na sobie.

Z czasem palenie zaczęło mnie męczyć. Nadal dostrzegałam w nim jednak nieodparty urok – te moje wieczorne rytuały, gdy po całym dniu wreszcie mogłam spokojnie usiąść i zapalić papierosa. To było dla mnie niemal mistyczne przeżycie. Albo gdy chciałam coś „przemyśleć”, albo „stworzyć”. Napisać lub namalować. W naszej kulturze obraz artysty, który pali i pije jest tak silny, że trudno sobie w ogóle wyobrazić, że kreatywna i twórcza osoba może być wolna od używek. Mówimy, że artyści są bardzo wrażliwi, dlatego wybaczamy im np. to że piją na umór. Tak jakby nie można było być wrażliwą osobą na trzeźwo. Mamy zakodowane bardzo dziwne wzorce.

Wstrząsnęło mną, gdy w Stanach wprowadzono zakaz palenia. Jak każdy palacz byłam oburzona ograniczeniem wolności i swobód. Pamiętam, że leciałam wtedy z Warszawy na sesję zdjęciową do Los Angeles. Miałam śródlądowanie i przesiadkę. Nie pamiętam już gdzie, chyba w Nowym Jorku. W przerwie pomiędzy lotami chciałam zapalić papierosa. Wprowadzono właśnie wtedy na lotniskach specjalne punkty dla palaczy, więc postanowiłam się do takiego miejsca udać. Byłam ciekawa jak wygląda. Szłam do niego bardzo długo. Byłam zmęczona, tym bardziej, że miałam przy sobie podręczne bagaże. Punkt dla palaczy był umieszczony niemal na samym końcu lotniska i okazał się być niewielką, przezroczystą „klatką”, w której stało kilka osób i z tępym wyrazem twarzy paliło swoje papierosy.

Ten widok mną wstrząsnął. Cała moja teoria o „wolności”, „buncie”, „anarchii” i „stylowości” palenia w jednej chwili legła w gruzach. Dotarło do mnie wtedy z przerażającą jasnością czym palenie jest naprawdę. Wtedy weszłam do tej smutnej klatki i zapaliłam kawałek papierosa (całego nie byłam w stanie) i poczułam się totalnie upokorzona. Było mi zwyczajnie wstyd za samą siebie, że idę na koniec lotniska po to, by w klatce zapalić papierosa. Obiecałam sobie wtedy, że musze odzyskać swoją wolność. Jak się później okazało wcale nie było to takie łatwe i zajęło mi… kilka lat.

Szukałam różnych sposobów. Bardzo skuteczna okazała się akupunktura. Wbija się w uszy igły (to nie jest bolesne), po których następuje awersja do tytoniu. Naprawdę tak jest.

Gdy byłam z Michałem w ciąży oczywiście nie paliłam. Gdy Michał był malutki również nie paliłam, ale wróciłam do palenia, bo uważałam, że jest seksy i mam nad nim kontrolę – czasem mogę palić, a czasem nie. Typowe samooszukiwanie. Gdy zaszłam w ciążę miałam fizyczny odrzut na zapach i smak tytoniu. Dokładnie taki sam odrzut miałam po akupunkturze. Przestałam palić po jednym seansie. Tak po prostu. Poczułam się wolna i szczęśliwa. Nie paliłam długo – rok, może  nawet dwa. Aż pewnego dnia zadzwonił telefon i dostałam tak wstrząsającą wiadomość, że natychmiast udałam się do kiosku i zapaliłam jednego papierosa po drugim.

Uznałam, że mam już nad paleniem pełną kontrolę, więc nic się nie stanie jak od czasu do czasu wieczorem towarzysko zapalę ze znajomymi „przy winku”. Mechanizm samookłamywania jest bardzo precyzyjny i przebiegły. Jeśli damy się w to wciągnąć – koniec. Cóż, akupunktura stosowana po raz kolejny nie jest już tak skuteczna jak za pierwszym razem. Zwyczajnie przestaje działać. Tym razem musiałam poradzić sobie z tym sama, ale nie udawało mi się to.

Gdy miałam chwilę większego napięcia i stresu (a w naszym życiu miewamy je bardzo często), niemal bezwarunkowo sięgałam po papierosa zagryzając go potem miętową gumą do żucia. To samo robiłam w chwilach uniesienia, entuzjazmu, a czasem ze zmęczenia. Aż wreszcie poczułam, że definitywnie mam tego dosyć, że ostatecznie pragnę odzyskać wolność i kontrolę nad swoim życiem, zdrowiem, samopoczuciem i więcej do tego nie wracać. Nie wiedziałam jednak jak tego dokonać. Żadna metoda na dłuższą metę nie była skuteczna.

Poczułam się zupełnie zdesperowana.

W obliczu mojego nałogu byłam bezradna i bezsilna. Zrozumiałam, że kierując się swoim umysłem (silna wola, straszenie siebie chorobami itd.) lub korzystając z wymyślonymi przez człowieka metod (sztuczne papierosy, plastry, gumy, tabletki itd.) zwyczajnie sobie nie poradzę. Wcale nie dlatego, że brakuje mi samozaparcia i uporu, wręcz przeciwnie! Zrozumiałam po prostu, że nie tędy droga. Ale nie wiedziałam, jaka droga jest tą właściwą.

Poczułam się bardzo zmęczona i w pewnym sensie pokonana. Moje ego nie znalazło odpowiedzi na pytanie jak skutecznie rzucić palenie. Poddałam się i zaczęłam się…. modlić. Z głębi siebie, z całego serca.

„Pomóż mi Boże, bo sama nie daję sobie z tym rady! Pomóż mi proszę!” – błagałam ze łzami w oczach.

Poważnie. Było to dla mnie aż tak ważne. Modliłam się  o uwolnienie, pomoc, poradę, wsparcie, kierunek. O jakiś znak. Modliłam się tak co rano i wieczorem przed snem. Pewnej nocy obudziłam się nagle, w środku nocy. Otworzyłam oczy, usiadłam na łóżku i z pełną jasnością wiedziałam, że palenie nie jest chemicznym uzależnieniem od nikotyny, ale reakcją na moje emocje.

Jest to moja reakcja na brak umiejętności radzenia sobie z moimi emocjami. Zarówno z tymi pozytywnymi jak i z negatywnymi. Jestem bardzo wrażliwa (tak jak większość z nas), a to co przeżywam jest tak silne, że palenie jest rodzajem wentyla bezpieczeństwa. Sposobu na uwolnienie, ujście uczuć, uśpienie ich, wyciszenie. Jednym słowem sposobem na „zadymienie”.

Zrozumiałam, że aby ostatecznie rozstać się z paleniem nie muszę sięgać po żadne metody czy też „siłę woli”, ale muszę znaleźć nowe sposoby, by przeżyć wszystkie swoje uczucia z pełną świadomością. Ze zrozumieniem i spokojem. I przejąć nad nimi kontrolę. W moich emocjach i uczuciach ukryte są ważne dla mnie wskazówki dotyczące tego gdzie jestem, z kim jestem, co czuję, dokąd zmierzam.

Zrozumiałam, że za każdym razem, gdy mam ochotę sięgnąć po papierosa powinnam się zatrzymać i przyjrzeć uczuciu, które temu towarzyszy. Chęć zapalenia jest dla mnie ważnym ZNAKIEM, że pojawił się moment, któremu muszę się przyjrzeć, świadomie przepracować i wyciągnąć wnioski. Zatrzymać się, zobaczyć i znaleźć nowe sposoby na wyrażenie tego, co czuję, co się ze mną dzieje. Dzięki temu lepiej poznam samą siebie i swoją drogę.

Zrozumiałam, że palenie jest próbą odsunięcia i wyparcia. Wymazania i zadymienia. Sięgając po papierosa zamykam się na samą siebie, na swoją intuicję i ważne sygnały wysyłane przez moje ciało. Zrozumiałam, że skuteczna metoda poradzenia sobie z nałogiem to świadomość i uważność. Cierpliwość i spokój.

Zapaliłam nocną lampkę stojącą obok mojego łózka i zapisałam to wszystko. Gdy przeglądałam rano moje zapiski uderzyła mnie prostota tej koncepcji. Przecież to takie oczywiste – dlaczego wcześniej na to nie wpadłam, tylko szukałam „siłowych” metod na rozprawienie się z nałogiem? Wiedziałam już co powinnam zrobić. Niestety nie wiedziałam nadal JAK to zrobić.

Bezradnie podniosłam wzrok do góry i zapytałam „ale jak mam tego dokonać?”…

Czytaj dalej na następnej stronie…